Ciche, zdrętwiałe, strwożone siedzą Tuśka i Pita, a dokoła nich więdną pęki górskiego kwiecia, które już nadlatującej z nocą grozy właściwej górom zasłonić nie są w stanie.

XXII

Puk!... Puk!...

Zerwała się Tuśka.

Zerwała się Pita.

— Proszę... niech pani wstaje. Lada chwila wzejdzie.

— Dobrze... zaraz...

Pełnymi rękami jak żniwiarka kłosy, tak ona odgarnia swe jasne włosy od twarzy. Chłód ją przeszywa. Lecz nie ma ochoty położyć się w ciepłe łóżko. Przeciwnie, aż drży cała od chęci wybiegnięcia przed dom i spotkania się z Porzyckim w chwili wschodzącego słońca.

— I to jeszcze! — myśli — i to zabiorę z sobą do Warszawy jako wspomnienie z tej wycieczki.

W nocy śniła o nim prawie ciągle. Zjawiał się jej na tle gór, to znów płynął ku niej po szafirowozielonej głębi, cały spowity w srebrną, drgającą łuskę. Nad ranem, gdy zbudził ją głos aktora, zdawało się jej, że śni tylko dalej — nic więcej.