Pita trochę zadąsana leżała w łóżku.
— Mamusiu!... — wyrzekła wreszcie cicho i widocznie siląc się na grzeczność — czy mamusia nie byłaby tak łaskawa, aby i mnie z sobą zabrać?
Po raz pierwszy Pita objawiała jakieś życzenie.
Do tej chwili na ulicy Wareckiej nie znano życzenia dzieci. One tylko grzecznie wypełniały życzenia rodziców.
Tuśka już ubrana, upudrowana, w żakiecie, w jakimś apokaliptycznym zwierzu, zarzuconym na ramiona i spiętym pod szyją, odwróciła się ku córce siedzącej wśród koców i kołder.
— Nie, mogłabyś się przeziębić.
— Ja się ciepło ubiorę.
— Pito!... co to znaczy?
Tuśka zmarszczyła brwi i zmierzyła córkę ostrym spojrzeniem.
Lecz mała wytrzymała to spojrzenie ze zdumiewającą energią.