— Ja też chcę iść!...
To słowo „chcę” — przeraziło literalnie Tuśkę.
Był to jakby dalszy ciąg rozwichrzonych gestów i tego jakby rozluźnienia silnie scementowanych dobrym wychowaniem manier Pity.
Lecz z sieni doleciał głos Porzyckiego:
— Pani Tuśko!... słońce nie będzie czekało!...
Tuśka zgasiła świecę i wyszła, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Klucz wzięła do torebki i szła, ciągle zmieszana zachowaniem się Pity. Czuła, iż źle zrobiła nie skarciwszy dziecka za niebywałe znalezienie się. Lecz coś ją wstrzymywało. Coś niepojętego, a w głębi jej tak niewyraźnie nurtującego, iż zrozumieć nawet nie mogła.
W sieni spotyka Porzyckiego. Przeczuwa go raczej, bo ciemno jest zupełnie. On — bierze ją za rękę nerwowo, szybko, niecierpliwie, jakby doczekać się jej nie mógł.
— Dzień dobry!
— Dzień dobry!...