Tuśka ma wrażenie, jakby Porzycki wahał się, jakby chciał wzmocnić czymś to powitanie, i zbiera ją lęk. Posuwa się ku drzwiom. Szuka nerwowo klamki. W trakcie tego czuje, że jego ramię próbuje otoczyć jej kibić. Zanim jednak to nastąpiło, Tuśka znajduje klamkę i otwiera drzwi do sieni.
Przenikliwy chłód owiewa ją całą.
Wchodzi w jakąś szarość dziwną, nikłą, bezjasną. Niebo jak klosz szklany pokrywa wszystko. Turnie aż sine, tak są szare i niewyraźne.
Odwraca się ku Porzyckiemu:
— Gdzież to słońce?...
— Czekało, aż pani wyjść raczy. Za chwilę podniosą kurtynę. Służę!...
Jest wyspany, zdrowy, widocznie zlany zimną wodą i pełen jakiejś nadziei. Aż bije to od niego i udziela się Tuśce. Chwyta ją pod rękę.
— En avant!... — woła z fantazją.
Biegną pod górę po kamieniach jak dwoje dzieci.
— Mało publiczności!...