— Pan żartuje.
— Wcale nie. Mnie bez słońca dziś tak słonecznie, że mógłbym tu rozświetlić całe Tatry... A pani?... no!... odpowiedzieć! Być raz sobą, a nie drewnianym manekinem...
— Co pan chce, żebym mu powiedziała?
— Czy i jej słonecznie?
— Nie wiem.
— Ale ja wiem. Słonecznie jej i ciepło, i miło, i dobrze. A kto to sprawił? On — bo stara się, aby ono wreszcie zrozumiało, że drewnem po świecie chodzić, to życie marnować. Czemu ono jest takie?
Tuśka sama zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ona jest rzeczywiście taka „drewniana”.
— Taki u nas panuje ton... — mówi wreszcie, pocierając czoło, jakby zbierała wspomnienia — wszyscy jesteśmy tacy... dzieci... mąż.
— To idzie od was... od rodziców, z góry. Czemu wy się nie kochacie?
— My?