— No tak, wy. Cała wasza paczka.
— Ależ my się kochamy.
— Tak na chłodno. W drewniany sposób. I to się potem na dzieciach odbija.
Ton jego spoważniał.
— Skoro tak mówimy szczerze — zaczął znowu — to ja pani powiem wielką prawdę, tylko proszę się nie obrazić.
Wyprostowała się, jakby za nadejściem nieprzyjaciela.
— Jeśli to co nieprzyzwoitego...
— Tylko ludzie nieprzyzwoici widzą w rzeczach naturalnych nieprzyzwoitość. Więc niech pani słucha. Są różne dzieci... Dzieci serca, dzieci krwi, dzieci obowiązku. Te ostatnie są najbiedniejsze. Są — drewniane. Najszczęśliwsze są dzieci serca.
Zawiesił głos i dodał z prześliczną prostotą:
— Ja jestem dzieckiem serca!