— A ja...?
— Pani musiałaś być właśnie dzieckiem obowiązku z pewną nieznaczną domieszką krwi. Ale życie zatarło wszystko i dziś pani dzieci są już czystymi dziećmi obowiązku. Dlatego są takie skryte, nieufne, milczące, obowiązkowe i grzeczne. Pani tego nie czuje? co?
Tuśka milczała chwilę.
— Może... — wyrzekła wreszcie — może pan ma rację, ale...
— Co „ale”? Pani powie, że tak lepiej? że żyć sercem nie warto? że oszczędza sobie i dzieciom zawodów? Ależ pani jest po prostu ślepa! Pani nie wie, co to jest kochać i być kochanym jakkolwiek... Czy w rodzinie, czy przez obcych, czy przez rzeczy martwe, czy przez takie słońce...
Ręką ukazał jej szczyty Mięguszowieckiej Turni.
— O!... ja kocham to słońce i ono mnie kocha...
Tuśka podniosła oczy i spotkała się wzrokiem z tak wielkim czarem, że aż ku niemu zadrgało coś leciuchno w jej piersi.
Wędrowne, blade góry zarysowały się purpurową, przepyszną linią na mlecznobiałym niebie. Każda zasłona, każdy szczyt, obwiedziony purpurą, zdawał się opalem drogocennym, oprawnym w pasek gorejącego żelaza.
Poza tym ani śladu jeszcze słońca, tylko ten przebłysk purpurowy, gorący i krwawy.