— Patrz! patrz!...
Jakby od góry, od tych skrzydeł słonecznych nagle wstrząśniętych sypie się deszcz brylantów na skały. Migoce się, zapala się, gra szafirem, rubinem, szmaragdem, tęczą. To szron topnieje i rosą wszystko ocieka. Brylanty te zaczynają spływać strumykami migocącymi ku wodzie i oto woda, już zupełnie czarna, porusza się, żyje...
Lekko, leciuchno marszczą się fale.
Zaklęte, ciche, nieruchome odbicie skał, limb, smreków, upłazów mąci się i ginie. Natomiast brylanty rosy wypływają na załamach fal.
Łuska świetlana, srebrna, drżąca zaczyna płynąć ku Tuśce, jakby zapędzana niewidzialnym wiosłem lub podmuchem anielskiego skrzydła.
Do jej stóp... do jej stóp...
*
Pochyla się ku niej Porzycki.
— No... kocha słońce?...
W oczach jego migocą takie same brylanty, jak na powierzchni wody.