Tuśka przerwała dalszą rozmowę, nie chcąc nic wiedzieć więcej:
— Proszę was... idźcie, głowa mnie boli.
Gdy aszantka wyszła, Tuśka przede wszystkim usiadła do pisania nowego listu do męża. Był on już trochę różny od tego, który pisała przed wyjazdem do Morskiego Oka. Nie było w nim nienawiści do gór ani do otoczenia. Była za to wielka doza melancholii i smutku, rozwinięta na tle ich materialnych stosunków.
„Wiem — pisała — iż dla mnie i dla Pity takie lato, spędzone tutaj w innych, lepszych warunkach, byłoby zbawienne i postawiłoby nas na nogi, ale czyż możemy o tym marzyć? Bieda na świecie ludziom, którzy muszą się liczyć z każdym groszem! Nawet im chorować nie wolno, bo to za wielki zbytek. Wolę wrócić zaraz i proszę, spodziewaj się nas...”.
Urwała.
Chciała oznaczyć datę — nie mogła.
Coś ją wstrzymało jakby za rękę.
Dodała więc tylko:
„Spodziewaj się nas w tych dniach i nie dziw się, że jesteśmy mizerniejsze niż przed wyjazdem. Pomimo wielkiej oszczędności odmawiałyśmy sobie wielu rzeczy koniecznych tutaj do odzyskania zdrowia. Nic więc dziwnego, że zamiast wzmocnić się osiągnęłyśmy wręcz przeciwny rezultat”.
W tym tonie ciągnął się list długi, dłuższy niż zwykle.