— Kto?... może...
— Ano... ano...
— Przyjechała?
— A ino, jesce fcora, jakeście u Morskiego balowali.
Nic nie zdoła określić radosnego uśmiechu, jaki rozjaśnił twarz aktora. Porwał swój pled, trochę kwiatów i rzucił się ku chacie.
— Proszę... niech pani go zapłaci, a potem się obliczymy! — zawołał ku Tuśce.
Umówili się bowiem, że on poniesie jedną trzecią kosztów wycieczki.
Nie odpowiedziała mu nic. Zesztywniała cała tą wiadomością, iż owa trzecia, a właśnie najpierwsza, jest już pod jednym z nimi dachem. To był groźniejszy współzawodnik niż Sznapsia. Tamta była przeszłość, to teraźniejszość.
Gdy wchodziła do swoich izb, eskortowana przez gaździnę niosącą za nią tobołki, zdawało się jej, że wchodzi do jakiegoś grobu. Przeszła jeszcze przykry targ z woźnicą, który jowialnie i poczciwie punktując swoją mowę „hej!” zdzierał z niej skórę i wreszcie, zamknąwszy drzwi, znalazła się z Pitą sama.
Przedtem jednak rozmowna, a widocznie mająca nagromadzone zapasy wywnętrzania się, gaździna zawiadomiła ją, że pani „naszego pana bandzie spać w jego izbie, a on przylegnie se w komórce, co je porzomna jakby izba”.