Wyszła na dziedziniec i skierowała się ku szopie. Chciała, bądź co bądź, porozmawiać z kimkolwiek. Szła do gaździny. Szła kobieta do kobiety.
W zmartwieniu kobiety zapominają o społecznej różnicy.
Garną się do siebie jak bratki podczas wichrów jesiennych.
Krążą obok siebie jak liście z drzew strącone, szarpane po tafli błotnistej kałuży. Mają w sobie przytulność zmęczonych duchów, które skrzydła smutku rozpiąwszy, sądzą, iż wzajemny cień będzie im litosny. Idą ku sobie słuchać głosów własnych i w nich doszukiwać się cech bólu, który szarpie w tej chwili ich serce. I w tym znajdują ulgę.
Nie jest to radość z cudzego bólu, lecz ta myśl, że się jest wreszcie zrozumianym, że taki ból już był, przeszedł i rozpłynął się w mglistości wspomnienia.
Dlatego Tuśka do gaździny idzie.
*
To, co szopą nazywała, okazuje się, że jest po prostu starą, dawną chatą.
Ile lat stoi ta chałupa, Obidowska nie pamięta. Wie, że się w niej rodziła i wychowała. To wie jedno.
Gdy Tuśka staje w progu izby, gaździna siedzi na ziemi i skrobie grule.