Czarno tu, powietrze stęchłe. Kury na podłodze rozwłóczą własne nieczystości. Tkwią w nich i nogi Obidowskiej wyciągnięte ku palenisku, na którym leciuchno ogień migoce.
W pierwszej chwili Tuśka nie dostrzega nic prócz jakichś sprzętów ciemniejących po kątach. Powoli oczy jej przyzwyczajają się do tego cienia. Widzi już sosrąb i wyrzynane belki. Czarne wgłębienia gwiazd znaczą się na brunatnym tle drzewa. U nóg Tuśki wala się prześliczny czerpak.
Bibulane, czerwone róże pokryły rzeźby ścienne. Tu i owdzie mech zakwita wśród szczelin.
Pachnie tu jaskinią ludzi pierwotnych, rozwłóczy się zwierzęcość i zarazem jakaś piękna prostota dusz, gnających ku łączeniu linij, w zajrzane w gwieździste noce błyszczących widm kształty, lub pochwytanych na futra serdaków płateczki — śniegowe, przywiane od wichrów, od hal.
A może wzorami im są te cudowne kwiaty, które mróz po szybach w księżycowe noce tchnieniem swoim rzeźbi?
A może...
Gaździna dojrzała Tuśkę i zwróciła się ku niej:
— Cego fcom?
Tuśka na razie nie odpowiadała.
Błądziła po tej chałupie, gdzie dokonywały się także życia ludzkie, gdzie cały odrębny jakiś świat zbił się w miazgę faktów i stamtąd objawami uzewnętrzniał się i wypowiadał swój rozwój takim światom.