Pod ścianą łóżka narzucono trochę betów, trochę słomy. Kołyska na sznurach, dawno nie używana, pusta, wyschła...
I te czerwone róże dziwne, wykwitłe pożogą wśród ścian sczerniałych.
Pod nimi, na jednym z łóżek, zwalony w bety Józek Obidowski śpi z twarzą do góry podaną.
Ukośne światło z okna pada na jego usta purpurowe, kalinne policzki, czarne łuki brwi na białym, niespalonym czole.
Róże nad nim kwitną.
Róże na tle ciemnej ściany.
I ta twarz młoda, świeża, dysząca siłą i żywiołową mocą jak róża wykwitła w ciemni dokonanych istnień.
— Cego fcom? na poctę?...
Z rąk Tuśki gaździna bierze list do męża.
— Wnetki się Józiek zbudzom, to póńdzie.