Porzycki usiadł na schodach, tuż przy swojej matce. Obiera jej pomarańczę. Podaje, usługuje. Przywiózł jej ulubionych ciastek, bomb czekoladowych, sam od gaździny wyprosił dobrej śmietanki.
Całuje ją co chwila w rękę i często mówi jej:
— Ty, moja droga staruszko!...
A ona w odpowiedzi:
— Ty, mój drogi malcze!...
Pita z ironicznym uśmiechem śledzi te objawy czułości. Wydaje się jej jakby niewłaściwe i nie dość dystyngowane. Zwłaszcza nazywanie rosłego, ogromnego Porzyckiego „malcem” wywołuje w niej zdziwienie. W ogóle taki sposób obejścia dzieci i rodziców widzi Pita po raz pierwszy w życiu. Sama nie wie, co ma o tym sądzić.
Porzyccy opowiadają teraz, że w Krakowie mieszkają razem i że jest im z sobą bardzo dobrze. Skoro Porzycki dostanie gdzieś indziej engagement, matka za nim pojedzie.
— Musi! — wyrokuje Porzycki. — Co ja bym bez mamy zrobił? Zmarniałbym, co?
Oczyma pełnymi wielkiego przywiązania spogląda Porzycka na twarz syna.
— Co ja bym bez ciebie robiła? — mówi z uśmiechem.