Wykołysana miłością, kołysała tak samo miłością tych, którzy od niej zawiśli. Miała ręce pełne pieszczot, usta słów dobrych, a serce pełne dobrych czynów. Nie miała w księdze życia swego zapisanych bohaterskich postępków, ale miała nakreślone całe szeregi niweczonych czynów złych przez wpływ swej wielkiej dobroci.
Nie pogardzała nigdy najdrobniejszymi przejawami życia, bo czuła w nich nierozerwalność łańcucha, który powoli zbliża nas w krainę cudów. Spokojem, graniczącym z niezwykłością hartu duszy, wywoływała w tych, którzy się do niej zbliżali, uspokojenie i dążenie do hartowania się na rozterki życiowe.
Była cicha i małomówna, blada i uśmiechnięta, a miła w każdym geście, w każdym słowie. Zdawało się, że stąpa ponad ziemią, tak szła lekko i wdzięcznie.
Srebrne nici, którymi jej włosy przeplecione były, i wyraz jej ust, gdy milczała, mówiły jej dolę i historię jej życia.
Gdy siedziała, otulona ciemnym okryciem, ze swą piękną, spokojną twarzą, z rękoma smukłymi, białymi jak płatki lilii, miała wdzięk akacji, bielącej się nad czarnym marmurem grobu, w którym spoczęło ciało sprawiedliwego człowieka.
Od chwil poznania matki Porzyckiego Tuśka weszła w jakąś inną życiową atmosferę.
Od pierwszej chwili pociągnięta ku Porzyckiemu ogromną sympatią, rzuciła się prawie bez miary w tę nową, a tak dla niej pociągającą znajomość.
Porzycka przyjechała do syna zaledwie na dni kilka.
Nie chciała go krępować, mówiła z uśmiechem, to jego wakacje, dość się napracował w sezonie, należy mu się wytchnienie.
Siedzą teraz wszyscy na werandzie, na której piją herbatę.