Śliczny uśmiech posłała w stronę Pity. Dziewczynka odpowiedziała szablonowym, grzecznym uśmieszkiem.
— Ba! — zawołał wesoło Porzycki — z takim urwisem jak ja miała mama dosyć! Wystarczyłem za tuzin córek.
— Nie — odparła Porzycka — kobieta zawsze pragnie mieć córkę, bo nic nie zdoła zastąpić jej serdecznej łączności, jaka jest między matką a córką. Prawda, że mam rację?
Zwróciła się ku Tuśce, która zarumieniła się gwałtownie.
Uczuła bowiem na sobie wejrzenie Porzyckiego i wzrok Pity, dziwny, rozumny, przenikający ich wzajemny stosunek.
Nie odpowiedziała nic i serdecznie rada odetchnęła, gdy drogą przeciągnął korowód pań Warchlakowskich idących w stronę Kościelisk. Wszystkie wlepiły oczy w werandę i zwolniły kroku. W pelerynach brązowych robiły wrażenie małych mniszek, idących na modły nieszporne.
Porzycka umilkła także, jakby instynktem odgadywała dziwny, nienaturalny, sztuczny stosunek, wytworzony pomiędzy tym ślicznym dzieckiem a jego matką.
Następnego dnia Tuśka wstała trochę później i Pita sama siedziała na werandzie piłując sobie paznokietki.
Na werandę weszła Porzycka.
Tuśka przez szklane drzwi i przez muślin firanki widziała, jak Porzycka chwileczkę stanęła, jakby wahając się, wreszcie do Pity podeszła.