A w tej kopercie całe bagno, coś tak strasznego, coś tak cuchnącego, że w uczciwej piersi serce ze zgrozy zamiera.
Anonim!
Specjalność zakopiańska. Coś, co pełza, lata, spada, najczęściej spłodzone na miejscu, wysłane z Krakowa, i zjawia się nagle u progu jak dżuma, siejąc chwilowy smutek, przykrość.
Taki gość wciska się w rękę Porzyckiej, do niej specjalnie adresowany „Życzliwy przyjaciel” — ostrzega przed „brudnym romansem jej syna, który uległ wpływowi awanturnicy, nie wahającej się mimo obecności dziecka roztaczać swą hańbę i dopuszczać się do takich skandali, jak nocne spacery przy księżycu i wycieczki trwające dwadzieścia cztery godziny...”.
Porzycka z bledszym jeszcze uśmiechem przebiegła wzrokiem karty anonimu.
— A więc... tak...
Smutno jej.
Smutniej może w tej chwili niż w czasie innych awanturek miłosnych syna. Ta pani z Warszawy, z tym ślicznym dzieckiem, wydaje się jej mimo sztywności istotą inną, względności pewnej godną.
Gdy tam na werandzie przylgnęła jej do ręki, uczuła w niej pewne zawahanie się już na los, przemęczenie długie w tej sztywności musowej, w której żyła.
Było to samo i w Picie, gdy tuliła się do niej przed chwilą.