Wpatrzyła się w Tuśkę.
Ta siedziała posępna, z okiem wbitym w żółtą powierzchnię stołu.
I było w jej całej postaci jakieś wielkie zgnębienie, jakieś zmieszanie i konieczność ciągłego udawania.
Porzycka przez długą chwilę milczała, wreszcie ujęła rękę Tuśki i pociągnęła ją ku sobie.
I tak jak poprzednio tuliła do siebie córkę i do serca jej się dobierała słowami, tak teraz poczciwie i serdecznie myślą wnikała w zmęczoną tajnię Tuśki; która powoli, bezwiednie głowę swoją ku ramieniu Porzyckiej schyliła.
Od pola zarosłego owsem dolatywała cisza, ciągła modlitwa rozśpiewanych much i świerszczów. Upalny letni dzień spadł w dolinę zakopiańską jak płomienny ptak. Cisza była wielka, tylko ten brzęk i chwilami w oddali jakby ktoś śmiał się, jakby ktoś płakał.
W Picie, w Tuśce powoli, jak pod śniegiem, rozwija się serce z obsłonek martwoty.
Powoli — powoli...
XXV
Długa koperta, nic nie znacząca, zaadresowana dość starannie.