Dziwny uśmiech wypłynął na usta Tuśki.
— Pani syn... — wyrzekła i głos jej zawisł w powietrzu, dziwny, nieokreślony.
— Mój syn jest szczęśliwy.
— Tak... on...
— I ja z nim.
— Tak, wy dwoje.
Zapadło milczenie.
Coś się stało, coś weszło pomiędzy te dwie kobiety, coś jeszcze nieuchwytnego, niezrozumiałego dla nich, ale co uczuły obie tą najsubtelniejszą warstwą swej duszy.
W oczach Porzyckiej zamigotał znów ogień niepokoju.
— Czyżby?... — pomyślała.