Tak myśli Porzycka. A wreszcie zna dobrze swego syna. Wie, iż jest żywym odbiciem ojca. Zna doskonale, jaki nieokreślony powab, jaki urok dziwny ma w sobie ten genre mężczyzny. Coś dziecięcego, wieczny uśmiech i tyle serdecznej tkliwości, starania, troszczenia się o tę kobietę, którą wybrał i ukochał, chociaż przelotną, chwilową fantazją. Wie, że jest to i rodzaj najniebezpieczniejszy, najprędzej zniewalający, a zwłaszcza serca zastygłe w pozornej martwocie, jak serce Tuśki.

Więc czuje tu winę syna i prawie przyjmuje część tej winy na siebie.

— Czy nie zbłądziłam — myśli — chowając go zanadto sercowo? Dziś ten człowiek nie umie ani jednej chwili pozostać sam, bez jakiegoś drugiego serca, które musi rozgrzać dla siebie, choćby tylko przelotną iskierką... Czy nie moja w tym wina?

Słońce zachodzi, ściele się prześlicznymi blaski po pokoju.

Dwiema srebrnymi plamami odbija się w ciemnym, glinianym garnku, z którego jak fontanna wytryskuje snop gałęzi smrekowych.

Złotą kratą przylega do przeciwległej ściany i stanowi tło dla obrazka Matki Bożej nad łóżkiem aktora.

— Czy nie moja wina?

Coraz złociej, coraz cudowniej na świecie i w izbie. Aż coś duszę wyrywa, taki szafir nieba trochę czerwonawy przez gałązki smreków przegląda. Jakiś mały ptaszek świergoce cichutko.

Drzwi otwierają się — do izby wpada Porzycki.

Cały spocony, tak biegł szybko.