Tylko Tuśka akcentowała ciągle swój przyszły wyjazd. Nie oznaczała jednak daty.

Gdy naglona przez Porzycką, aby razem wyjechały, czuła, iż musi zdecydować się na coś stanowczego, odpowiedziała:

— Czekam na list od męża.

Porzycka czasem porywała się, jakby chciała wywołać u Tuśki poryw szczerości. Z taką chęcią, choć przykro jej to było, rozwinęłaby całą sprawę — uprosiła, uspokoiła siebie i swoją myśl, która przejmowała ją trwogą, dawniej jej nie znaną.

Lecz Tuśka spowiła się w pancerz skrytości i wyciągała ze wszystkich szufladek swej duszy nabytą latami sztukę pokrywania istotnego stanu rzeczy szablonowym uśmiechem.

Bezwiednie nabierała zręczności Indianina, który prowadzi wojnę za pomocą genialnych podstępów, zaszyty w trawę, na pozór zimny i wystygły.

Wszystkie kobiety, nieprawnie zakochane, nagle objawiają takie zdolności strategiczne. Tworzą dokoła siebie wał nieprzebyty. Ten, kto się chce dobrać do wnętrza ich duszy, potyka się o tak umiejętnie spiętrzone przeszkody, iż cofa się zniechęcony.

Kobiety nieprawnie zakochane bronią w ten sposób swej miłości jak skradzionego skarbu.

Tuśka była jedną z nich.

I stała już na straży, z ustami, uzbrojonymi w uprzejmy, grzeczny uśmiech. Przybierała pozór tak correct, iż nie można było zbliżyć się do niej ze słowami: