Pita odpoczywała.

Pita rozumiała, że tak, jak żyła poprzednio, to żyła sztucznie, wydźwignięta na jakąś wyżynę, po której chodzić jej było trudno. Porzycka wzięła ją za rączkę i sprowadziła na ścieżkę udeptaną dla jej myśli i dla jej nóżek.

I dlatego Pita przy Porzyckiej odpoczywała, stawała się dzieckiem, małą dziewczynką, Pitusią, ową Pepi (Józią), która chętnie na kolanach siada i lubi dłoń gładzącą jej złote włosy...

W przeddzień odjazdu po raz ostatni zeszło się grono Obidowskiej chałupy na werandzie u Tuśki.

Lekki cień melancholii panował dokoła. Wszyscy byli smutni. Jedynie Tuśka grała rolę swobodnej, gotującej się do drogi kobiety.

— Pani dziś... kto wie, my pojutrze...

Porzycki spojrzał jej głęboko w oczy.

Nie wytrzymała jego wzroku. Serce jej ścisnęło się na myśl, że może rzeczywiście pojutrze odjechać będzie musiała.

— Och! zostać! zostać! za jaką bądź cenę — myślała zamierając z tej chęci.

I równocześnie obliczała stan kasy. Na ile dni starczy jej jeszcze pieniędzy? Gdyby nie Pita, żyłaby bułkami i mlekiem, aby tylko pozostać jak najdłużej. Z jakąś złością spojrzała na dziewczynkę, która siedziała osowiała, zgarbiona i także posmutniała.