W jednej chwili wyczytuje w nich, jaką trwogę czuć musi ta kobieta na myśl, iż oni dwoje pozostaną sami po jej wyjeździe.

— Od męża — mówi niedbale. — Każe mi czekać na list.

— A!...

Porzycki pali dalej papierosa i asystuje tej scenie niemy i jakby obojętny. Tylko mu coś tam w głębi źrenic migoce, jakby jakaś ukryta iskierka.

Tuśka składa telegram i zasuwa go za pasek, który przytrzymuje jej bluzkę.

I od tej chwili rozpoczyna się manewr Tuśki, aby pozostać sam na sam z Porzyckim. Zaczyna udawać, iż jest jej chłodno. Porzycki ofiarowuje się przynieść jej rotundę i biegnie do pokoju. Zaledwie znikł we drzwiach, podnosi się Tuśka i woła:

— Ależ nie, lepiej żakiet!

I szybko wybiega za nim, już w biegu wydobywając telegram zza paska.

Zapominają, iż drzwi od werandy są oszklone i firanka uchylona. Porzycka, siedząca naprzeciwko drzwi, widzi najdokładniej, jak Tuśka podaje mu telegram, jak on czyta ów świstek, jak oddając całuje ją długo w rękę i jak potem oboje wpadają na werandę zadowoleni, ona w narzuconym krzywo żakiecie, a on z rozjaśnioną i uspokojoną miną.

— Dlaczego oni się tak cieszą? — myśli Porzycka. — Czy dlatego, że zyskali jeszcze kilka godzin, a może dni kilka?...