Tuśka wzięła w rękę kartkę. Kilka zdań ciepłych, ładnych, miłych. Dla niej — ukłony i słowa przyjaźni. Był to jakiś cichy, nieśmiały głos, który odzywał się z daleka. Przez chwilę zdawało się, że to sama Porzycka jest pomiędzy nimi jeszcze i patrzy na nich błagalnie, niespokojnie...
Tuśka, chcąc ocknąć się z tego wrażenia, zwróciła się do Porzyckiego:
— Mama pisała do pana?
— Tak, dziś rano.
— Cóż pisała?
— Och!... nic!... przyjechała szczęśliwie. Zachwycona panią, Pitą... Zakopanem... mną — słowem, wszystkim!
Nie mówi przecież, co było główną treścią listu matki. Gorąca prośba, niewyraźna, a przecież istniejąca w każdym niemal słowie.
„Choćby przez wzgląd na Pitę...”.
Lecz rzeczy już za daleko zaszły.
Porzycki stoi na tym punkcie, na którym mężczyzna zdaje się tracić zupełnie wolę i iść naprzód jakby z zawiązanymi oczyma.