Hej!...
Pita wreszcie odrywa wzrok od swych bieluśkich bucików i na gaździnę patrzy.
— Cni się wom? — pyta Obidowska.
Pita wie, że „cni się”, to znaczy po warszawsku: tęsknić po kimś.
— Nie! — odpowiada grzecznie, skłaniając główkę na bok.
Lecz Obidowska powtarza uparcie:
— Cni się wom!
Obidowskiej także cni się... Tęskno jej dziś po zmarłym dziecku jedynym, bo mąż jej, Józek, staje się coraz dokuczliwszy. Wódki pić nie chce, od „starych wered” jej wymyśla, chałupy stawiać nie chce — tylko na wierchy się drze, na swobodę. Rani ją ciągle dotkliwie, mówiąc jej bolesne słowa, mówi, że mu się ucła z całym dostatkiem. I w starej kobiecie aż coś łka, coś rwie się, coś jęczy, tak jest zmęczona tą walką nierówną z młodością bujną i silną, a tu nachodzi ją lęk, że zostanie sama w chałupie, sama czekając śmierci, jeśliby on „o rozum prziseł” i uciekł gdzie nie bądź.
Wyszła z chałupy, gdzie mąż wytrzeźwiony rzucił się na nią wściekły i szyderstwa pełen. Aż coś ją za gardło chwyta, aby się do kogoś przytulić albo kogoś do siebie przygarnąć. I stąd to wspomnienie o Hanusi, co to w trumience tak dawno na cmentarz, za kościół odeszła.
— Zawsze dziecko więcej warte niż chłop... — myśli i mimo woli Tuśki oczyma szuka.