Dostrzegła ona już dawno, że się coś święci między gościem a gościową.

— To je pańska rzec — zawyrokowała sobie w duszy. Ale dziś miałaby wielką chęć podejść do owej „gościowej” i krzyknąć jej z całej siły:

— Dziecko jest więcej warte niż chłop...

Na Pitę patrzy litośnie.

— Bidota! — myśli — sama tak siedzi, żeby im mętu nie robić...

Pogłaskałaby chętnie tę jasną główkę, ale jakoś nie śmie. Pita ma bardzo nieprzystępną minę. Patrzy na Obidowską, ale błękitne oczy mają tylko swój smutek. Rzecz dziwna. Odczuwały przecież smutek Porzyckiej. Ale Pita ma uprzedzenie do chłopek. Patrzy na nie jakby na obrazek albo na lalki za szybą wystawy. Cały pas myśli jeszcze nie tkniętych rozdziela ją od Obidowskiej.

Góralka odchodzi powoli jakby z żalem. Błąka się po dziedzińcu, wreszcie zaczyna ocierać belki fartuchem. Czyni to jednak bez poprzedniego zamiłowania i temperamentu. Wzdycha i staje się na twarzy jeszcze ciemniejsza.

Pita tymczasem myśli.

Obidowska powiedziała jej, że ona tęskni.

Po kim tęsknić może? Po tatusiu? — Nie. Nie uczuwa braku ojca, bo z nim czy bez niego jej światek wewnętrzny jest jeden. Po braciach? — Także nie. Są oni dla niej zupełnie obcy. Nigdy nie zbliżyli się ku niej ani ona ku nim. — A przecież Pita rzeczywiście tęskni...