Ale to nic nie pomaga.
I znów ogryza duszę...
Biedna dusza pani Warchlakowskiej!
*
Tuśka natomiast rada jest deszczowi.
Całe dnie siedzi w izbie i Porzycki prawie od niej nie wychodzi. Urządzili sobie jakieś wspólne życie. Obidowska przynosi im obiady, które Porzycki zjada u Tuśki. Teraz zjawia się obrus na stole, serwetki i w dzbaneczku trochę gałęzi smreków, słowem, wszystko, co może podnieść wdzięk kobiecy w danej chwili. Porzycki przynosi z miasta ciastka, sardynki, wino, kanapki, cukierki.
Panuje pewien rozrzutny a cygański dobrobyt, dawniej Tuśce nie znany, a ta masa łakoci, którą zwykle żywią się przeważnie aktorowie, robi wrażenie zarzuconej przysmaczkami klatki, w której pozamykano ptaki. Tuśka porównywa swoje poprzednie nudy podczas słoty, która ją zaskoczyła po przyjeździe, to wysiadywanie pod piecem i pod oknem z Pitą, i rozkoszuje się po prostu chwilą obecną. Porzycki ma dziwny talent uprzyjemniania życia domowego. Być może, iż ten talent właśnie przywiązuje tak do niego kobiety. Tuśka, nie przyzwyczajona do tego, aby ktoś tak mile, tak serdecznie starał się w każdej chwili rozerwać ją i dbał o jej zdrowie, o jej myśl smutniejszą, o to, co boli, czego znieść nie może, wchodzi w tę fazę najniebezpieczniejszą dla kobiety. Zaczyna się czuć szczęśliwą nie tylko przez to, że ma w kim uwielbiać siebie samą, ale i przez to delikatne, miłe pożycie codzienne, które otula ją, ściele się jej pod nogi, nie pozwala jej ani na chwilę czuć się samą i bez oddanej jej w zupełności drugiej istoty.
— To są drobiazgi — myśli — te ciastka, te proszki fenacetyny, ta woda sosnowa do rozpylania, te konserwy, morele, kwiaty, dzienniki, książki, ale to wszystko jest, to są fakty i one mi są teraz drogie, konieczne i potrzebne...
Chwilami zdaje się jej, że wyciąga się w hamaku, w rozkosznym, świetlanym promieniu. Dokoła niej woń odurzająca kwiatów leśnych i dobrze jej, ciepło, miło. Ktoś cicho szepce wyrazy ledwo dosłyszalne, jakaś ręka odpędza rój natrętnych, smutnych myśli i kołysze ją do snu!...
Z rozkoszą wita szare, bezbarwne dnie deszczowe. Lęka się po prostu słońca. Tyle światła i ciepła jest we wnętrzu jej izb zamkniętych. Boi się, że razem z promieniami słońca Porzycki uleci znów w góry, przestanie być tak słodki i dobry, jak do tej chwili. Nie zanosi się jednak na to.