*

Deszcz leje ciągle, „siąpi” i niebo zda się coraz niżej zstępować na Zakopane. Lada chwila, a chmury do ziemi przysiądą i rozleją się po kotlince nowym potopem. Nawet już „zrezygnowani” kolanami po błotku nie klapią, a damy nie chodzą po ulicach w owych wdzięcznych kapturach, które według ich przekonania nadają im miny figlarnych koboldów, a w rzeczywistości czynią je podobnymi do straszydeł na ptaki. Pani Obidowska, która w chałupie swojej przechodzi jakieś straszne żywiołowe tragedie, cuchnie na cztery mile zmoczoną kozą czy owcą, cała przepojona deszczem, z nogami sczerniałymi od błotnistej mazi. Przez okna widać ukośne smugi deszczu, który ma pozory, że coś się wściekło i pastwi się nad mrowiskiem, na które zwlokły się chore mrówki wielkim kosztem i często ofiarą, zipiąc „świeże powietrze”, aby jeszcze choć trochę pożyć pod słońcem. W „Lewkonii” i innych willach milczenie, szczelnie pozamykane drzwi i tylko czasem na werandzie dudnienie nóg bosych i wybieranie z balii deszczówki do prania „kolorów”.

Drobne życia, w których się lubował Balzac i lubuje Kamil Lemonnier, teraz rozpoczynają swoją symfonię lamp wcześnie zapalanych i sentymentów szlachetnych lub niskich, rosnących w tych zamknięciach jak kurczęta w kojcu.

W takie rozkoszne, zakopiańskie słoty człowiek pozostawiony samemu sobie zaczyna obrachunki ze sobą i nabiera czasem ochoty do zostania wreszcie kimś na świecie. Panie Warchlakowskie obmyśliwszy pierożki z resztek sztuki mięsa czują, że coś w nich nurtuje — jakiś żal, jakieś przeczucie całej łąki kultury przeróżnej, odgrodzonej od nich jakby nasypem kolejowym, na którym świecą złowrogo nici szyn. Do tych łąk dotrzeć nie mogą, nie pragną, urągają im nawet, ale istnienie ich jest dla nich w to zamknięcie udręką.

Wzmaga to ich nudę, a nie ma piekielniejszej męczarni, jak gdy głupi człowiek się nudzi. Ogryza wtedy swą własną duszę, jak pensjonarka paznokcie, i często nawet krew pocieka. W tych willach o wyrzynanych, obrzydliwych szwajcarskich gankach lub tradycyjnych, zlanych deszczem werandach odbywały się całe niespodziewane tragedie wyrastające z ogólnego pnia nudów. Były to tragedie wewnętrzne, kołtuńskie, śmieszne, ale były. I w tym choćby już zasługa strug lejącej bez upamiętania ulewy. Kiedyś pani Warchlakowska będzie mogła powiedzieć: „Wnikam w siebie... i ja także miałam swe cudowne godziny”. Może nigdy tak nie powie, może ze wstrętem przypominać będzie sobie, że w Zakopanem, gdy deszcz leje, to przychodzą najuczciwszej kobiecie do głowy „głupie myśli”, może, ale fakt będzie faktem.

Pani Warchlakowska w deszcze i słoty zakopiańskie ogryza własną duszę...

I czuje się głodna.

Głód ten objawia się nudą.

I głupimi myślami.

Pani Warchlakowska dla odpędzenia tych myśli bierze do ręki robótkę.