Gdyby choć ona zaaprobowała pomysł Porzyckiego, Tuśka czułaby się choć w połowie uspokojoną. Zdawałoby się, że to „ulica Warecka” daje jej niejako sankcję. Ale Pita, zajęta cieniowaniem pazdura, skryta jest i zagadkowa. Miele tylko języczkiem w buzi, który jak różowe żądełko w cieniuchnych wargach się kręci. Tuśka po prostu szuka łaskawego wzroku dziewczynki, lecz mała unika widocznie spotkania się z oczyma matki.
Tuśkę ogarnia gniew.
Zanadto znów się liczy z tym wszystkim! Złego w tym nic nie ma. Najuczciwsze panie i największe damy grają w teatrach amatorskich. I ona wreszcie ma prawo odetchnąć i zabawić się...
Czy ona przeszkadza tam mężowi używać swobody? Niech sobie! A zresztą, ona jest przekonana, że jej mąż znów tak nie tkwi ciągle pomiędzy „fikusem a samowarem”. Wmawia w siebie przeróżne rzeczy. Przypomina sobie dowcipy pism humorystycznych o „słomianych wdowcach”... Wyciąga je z pamięci i rada zastosowuje do Żebrowskiego. Niezadługo, a biedny urzędnik w zielonym palcie, obciążony mianem podejrzanym wdowca ze słomy, stanie się w jej oczach hulaką i takim panem, który się dobrze bawi.
— Ogródki, kolacyjki, Marcelin, aktorki...
Na tej ostatniej myśli łapie się niespodziewanie! Wszak i ona niezadługo stanie się „aktorką”, choć przelotnie i na dobroczynność, ale zawsze będzie taką panią umalowaną, paradującą na wzniesieniu przed kinkietami...
— No i cóż? — myśli zuchwale. — On tam siedzi jako widz, a ja będę na scenie. Wet za wet... To wszystko.
*
I w duszy Tuśki, jak chwast, z przerażającą szybkością rozwijać się zaczynają urojone pretensje, które zakrywają jej prawdę życiową jak słońce chmury. Nie umie po prostu rozróżnić, co jest wytworem jej fantazji, co jest rzeczywistością smutną i sprawiedliwą. Z owego „męża” zaczyna stwarzać fantazyjną postać, potrzebną do jej celów. Pochyła, tragiczna sylwetka milczącego wyrobnika, wyniesionego nad tłum nędzarzy etykietą „urzędnika”, spowija się w mgłę żółtego, niezdrowego blasku. W myślach Tuśki wykrzywia się jak pajac, cieszy się, tańczy, podkochuje, umizga... A dokoła niego jest wielka, przeogromna pustka opuszczonych domów, na które czas pieczęcie melancholii kładzie. Tę pustkę Tuśka wyczuwa doskonale i w niej jeszcze rozumie całe światy niewidzialne, z których się egzystencja jej i tych, co do niej należą, składa — ale z uporem szalonej w świetlistą postać pajaca patrzy i w ruch ją wprowadza. Tuśka chce, ażeby tak było.
I zdaje się jej nawet chwilami, że tak jest.