Jedno i drugie nie ma właściwie celu.

Porzycki, gdy Tuśka pracowicie kłamie, kim i czym jest, patrzy z lubością na jej rozwiane umiejętnie fale włosów, na jej śliczne uszka jak muszelki różowe, na jej podbródek, zarysowany na tle błękitnej aksamitki z czystością porcelanowej maseczki.

Tuśka arabeskami cieniuje wspaniałość swego charakteru, a on śledzi nozdrza delikatne jej noska cokolwiek garbatego i myśli, że poruszają się obiecująco jak chrapki, i rozkoszuje się każdym tym poruszeniem.

Nawzajem, i ona, gdy Porzycki najdowcipniej, potrącając czasem o nutę sentymentu, kreśli obraz swej cygańskiej duszy, ukradkiem dobiera się wzrokiem do jego rzęs jedwabnych, długich, gęstych, dziwnie zafryzowanych, tak jak Tuśka tego nigdy jeszcze nie widziała.

— On jest śliczny! — myśli z zachwytem.

*

A deszcz pluszcze, bije w szyby, łomoce, wstrząsa chałupą, zdaje się, że zmyje ją i inne sadyby zupełnie z powierzchni ziemi. I coś jęczy, coś skarży się tam w nocnej oddali, coś bardzo biednego i nędznego, cała ludzka tragiczność, ta cała właściwa tragiczność w poznaniu zupełnej bezsilności w walce z przeznaczeniem. Łopoce to jakby stado zranionych ptaków, co to odbieżeć chciało, hen, daleko, w błękity i złota słoneczne, a padło, szarugą groźną i wściekłą przybite do rozmokłej i czyhającej na ich trupy ziemi.

Ach!... jak w taką noc deszczową po zakopiańskiej dolinie rozwłóczą się łzawe skargi i jęki...

Och!... jak tam ktoś kaszle...

W oddali, w willi przeciążonej zdobnictwem i figlikami, drży nocna lampka.