— E!... bo co wam powiem... to bez te kawcyska.

— Jak to?

— Ano... nie słysom, jak się to dreją?

— Ach!... to kawki.

— No, ale kawcyska. Do komina się napcha i tam się tak wędzi...

Tuśka wsłuchiwała się w ten ochrypły głos z jakąś nieokreśloną przyjemnością. Skrzypiało to, świszczało, czasem jęknęło. Wolała słuchać niż patrzeć na tę gaździnę, bo twarz płaska i jakby rozgnieciona zdawała się nie mieć w sobie ani jednej iskierki łagodności. Nic kobiecego. Coś surowego, kanciastego jak cały styl chaty, jak te belki, obciosane silnymi uderzeniami siekiery.

Natomiast w głosie coś się łamało, coś tam drgało miękko, zwłaszcza gdy z lubością ta kobieta zwracała się ku swej własności, ku temu, co posiadła już siłą wielkiej woli i starań całej przeoranej młodości.

Tuśka i Pita jadły zimne i niesmaczne potrawy, rozmazane na dnie menażek.

Ustępowały sobie wzajemnie lepsze kawałki; ceremoniując się coraz wykwintniej.

— Proszę cię... proszę, moja droga... zrób mi tę przyjemność, dziękuję mamuńci...