Zwyczajem przyjętym, Tuśce zdawało się, iż wypełnia obowiązki dobrej matki, zmuszając dziecko do wlewania w siebie dużej ilości letniej, tłustej wody, nazwanej rosołem, i do usilnego darcia zębami łyka krowiego mięsa, ochrzczonego polędwicą.
— Jedz... proszę cię...
Dziewczyna żuje z widocznym, choć pokrywanym wstrętem szablonową strawę, która ma ją „odżywiać”.
Deszcze leje na dworze z coraz większą zaciekłością.
— Siąpi! — wyrokuje gaździna, która teraz wpadła w ekstazę przed wykrochmalonymi firankami, podpiętymi kawałkami niebieskiego papieru.
— Pikne firanki... — zaczyna.
Lecz Tuśka, która w tej chwili czuje całe mizeractwo otoczenia i owej upragnionej „wiledżiatury” — postanawia czymś ubarwić sobie i dziecku to życie.
— Chcesz ciastko z kremem? — zapytuje Pity, odsuwając z niezadowoleniem talerze.
— Dziękuję mamusi!
— Czy tu jest cukiernia?