— Sama jestem temu winna — myślała — mam, na com zasłużyła.
Gdy tak w milczeniu dojeżdżali do hotelu „Morskie Oko”, zdawać by się mogło, że zapanował między nimi nagle wał lodowy, którego przebyć nie będą w stanie.
— Czyżby to był brus? — myślała Tuśka.
— Czyżby to była przebiegła gęś? — myślał Porzycki.
Wszystkie przebyte chwile, rozmarzenia półsenne w srebrach księżyca, kaskady gwiazd nad głową, lasy gencjan, wizje wstających o świcie gór, melancholia nocy deszczowych — to całe przeżyte wspólnie, piękne i jasne, zniknęło i zatarło się przez jeden gest zbyt pośpieszny i brzydki. Jak dwa kwiaty na zbyt kruchej łodyżce, tak widocznie wykwitały ich uczucia na zbyt ciasne horyzonty rzucone, wichrom rozczarowań łatwych podległe.
Tylko była mała różnica.
Kobieta już szukała usprawiedliwienia dla mężczyzny, oskarżając się sama w duszy, przyjmując całą winę na siebie.
On zaś zaciął się i jakby obojętniał, postanawiając ponowić atak teraz już bez tej namiętnej furii, ale rozważniej, obliczalniej.
— Muszę wypróbować...
Zaczynał bowiem nie mieć wielkiego pojęcia, czym właściwie jest Tuśka, z jednej strony lecąca ku niemu całą swoją atmosferą jak ćma i dysząca miłością, z drugiej strony odpychająca go z gniewem w chwili, gdy chciał już dotrzeć do jakichś pozytywnych rezultatów!