— Co jednak miałam począć? co?... co?... — myślała, gryząc do krwi usta i łamiąc pod fartuchem ręce.

Ogarnął ją jakiś namiętny, upiorny szał.

— Dobrze zrobiłam, dobrze!... powinnam mu była dać w twarz... Szkoda, że tego nie zrobiłam!

Dorożka targnęła się jak w konwulsjach, zachybotała jak dziesięć pociągów, podjeżdżających ku stacji, i wreszcie wbiła się w olbrzymią kałużę przed chałupą.

— Niech wysiadajom! — dał się słyszeć głos spod stosu skór baranich, wśród których sterczała fajka.

Tuśka rzuciła w stronę fajki guldena, który skwapliwie pochwyciła nadzwyczajna ręka, dając pewne wyobrażenie, czym musiała być ongi ręka prymitywnego człowieka.

— Niechby dodali co na piwo — zamruczało znów z głębi tajemniczej serdaka.

Lecz Tuśka nie była w wenie uszczęśliwiania ludu i szybko pod parasolem przemknęła się do chałupy.

Na łóżku leżała Pita owinięta pledem. Na widok wchodzącej matki podniosła się grzecznie z łóżka.

— Cóż? lepiej ci? — spytała Tuśka.