— Ach, mój Boże! trzeba posłać po lekarza. Tu jest specjalista...

Lecz Tuśka wyniośle kiwa głową.

— Już zrobione, co należy. Dziecku jest lepiej, ale ja jechać muszę...

Skinieniem głowy żegna zgromadzonych.

Zdaje się jej, że jest bardzo królewska i zupełnie niepospolita. Wychodzi, a za nią Porzycki.

Dochodzą do dorożki. Ona spodziewa się, że on się usprawiedliwi, powie coś dobrego... czeka na to słowo. Lecz on pomaga jej wsiąść do dorożki, sam nie wsiada, zapina fartuch i rzuca dorożkarzowi:

— Na Skibówki! Do Obidowskiej!

Dorożka jęknęła, zagrzmiała masą łańcuchów, żelaza, zagrzechotała jak fura kamieni i ruszyła wreszcie ze stękiem.

Po Tuśce spłynął od głowy do stóp zimny dreszcz. Doznała uczucia, jakby ktoś oblał ją zlodowaciałą wodą! Na chwilę nawet myśli w niej zastygły. Wtuliła się w róg dorożki i jechała tak jak martwa w tym niespodzianym osamotnieniu, jakby skostniała.

Wreszcie zrozumiała, że Porzycki zwrócił się ku „swoim”, odstręczony przez nią zbyt może brutalnym odtrąceniem, gdy się ku niej garnął.