Tuśka zasłania oczy skostniałymi rękoma.

Jasno teraz spojrzała w głąb siebie.

Uraza do Porzyckiego za to gwałtowne garnięcie się do niej topnieje, ginie, lecz inny, stokroć silniejszy żal wzbiera i dławi.

Zazdrość, zazdrość szalona na myśl, że on teraz z tym ciepłem niezrównanym w oczy tamtej, swej dawnej kochanki, patrzy!...

— Z nią jest teraz, z nią...

Aż jęknęły wiązania chałupy. Ze świeżo zbudowanej wicher belki strącił... Pita porwała się na posłaniu.

— To nic, to wicher... śpij!...

Dziecko senne opadło jak kłos.

I znów jęki wichru, szalenie ulewy, pełzanie po kątach gadów.

Tak mija długa chwila.