Tuśka już drętwieć zaczyna. Nie pragnie nic, nie chce nic, tylko wie, że jest bardzo zmęczona i biedna.
Nagle cichy turkot furki zatrzymuje się przed Obidowską chałupą.
— On!...
Tuśka unosi głowę, dech zamiera w jej piersiach. Słyszy, jak on wchodzi do sieni, jak otrząsa okrycie, jak zrzuca kalosze i jak kieruje się ku swojej izbie.
I Tuśka doznaje nagle szalonego uczucia ulgi.
Wie, że wrócił, wie, że jest pod jednym z nią dachem, wie, że jutro zobaczy go wczesnym rankiem.
Wszystko, co było, mija. Nie pamięta, jak bardzo cierpiała. Wie tylko, że on jest tam.
I wdzięczna mu jest za to, że nie przyszedł, nie zapukał do jej drzwi, bo nie wie sama, jak by się zachowała, co mówiłaby mu, gdyby się ku niej zwrócił. Może wybuchnęłaby płaczem, a to byłoby najgorsze.
— Będę z nim teraz inaczej postępowała — myślała powstając z krzesła. — Zamknę wszystko w sobie; on nie może, nie powinien wiedzieć, co się dzieje we mnie...
Spojrzała na zegarek. Była zaledwie dziesiąta godzina. To ją uspokoiło do reszty.