— Ano, to niekze z Panem Bogiem przódzi umowe spisom na pogodę, hej!...

Gaździna była jakoś jowialnie usposobiona albo chciała rozbawić gości, bojąc się, żeby nie wyjechali z nudów do miasta.

— Bandzie piknie, niek sie nie bojom! — pocieszała, hałasując szklankami na tacy.

— Idźcie sobie! — rzuciła się Tuśka — robicie tu piekło... mnie głowa boli, a potem wasz serdak cuchnie jak powietrze!...

Gaździna uczuła się dotknięta.

— Serdak je nowy i nicem nie trąci! — wyrzekła wychodząc z izby — to nie serdak, to ja... ze starości!

I wyszła, obrażając swoją miłość własną dla ocalenia honoru serdaka.

Na stole ujrzała Tuśka list od męża.

— Naturalnie! — pomyślała — jest list! jeszcze mi tego brakowało.

Rozerwała kopertę i z ironią czytać zaczęła.