— Cóż ten pan powiedział? — zapytała mimo woli Tuśka.

— Nic... ino śmieli się, aze sie zachlupneli! — odparła gaździna.

Na Tuśkę uderzyły ognie.

Śmiał się! On — z niej! On, który powinien był tłumaczyć się przed nią, usprawiedliwiać! On, który był przyczyną, iż przepędziła taką straszną noc w rozterce ze sobą, ze swym sumieniem, ze swą duszą?...

Śmiał się!

Podniosła dumnie głowę. Oczy jej spotkały się z oczyma Pity. Pomimo, iż czuła dobrze, że dziecko nie może zrozumieć całej głębi, w którą jej matka powoli zapada, przecież coś tam bezwiednie we wzroku dziecka być musiało, co ją zdenerwowało do reszty.

— Niech Pita gardło płucze!... — krzyknęła gwałtownie, po raz pierwszy używając tego tonu w otoczeniu rodzinnym.

Obidowska popatrzała na matkę, na dziecko i pokiwała głową.

— Bez to się tak sumujom, ze siąpi! — odezwała się tonem perswazji. — Państwo dolscy to już tacy wartcy a łakomi na owe słońce...

— A cóż wy myślicie? — napadła na nią Tuśka, rada, że ma na kogo zwrócić swój gniew — cóż wy myślicie, że my tu do waszej zakopanej jamy przyjeżdżamy, żeby się wam przyglądać i patrzeć, jak leje?