— A... dobrze!...
Weszła do siebie i drzwi zamknęła.
— Więc to tak? — myślała — więc to tak się kończą takie... flirty?
Spojrzała dokoła, szybko pozbierała lampę, marynarkę, drobiazgi Porzyckiego, z którymi, jak sam mówił „sprowadził” się do niej, i oddała je wchodzącej gaździnie.
— Zanieście to temu panu z przeciwka! — wyrzekła ostro, mierząc blachy i fajanse nienawistnym spojrzeniem.
Niemniej przecież łowiła uchem, czy nie dosłyszy choć kilku słów, jakimi Porzycki przyjmie owo odesłanie drobiazgów.
Lecz cicho było po tamtej stronie domu.
Tylko tutaj Pita rzucała na matkę ukośne wejrzenia. Wreszcie zbliżyła się do stołu, ułożyła w pudełku farby, zawinęła w papier ołówki, wiszorki, gumy i kredki i pytająco na matkę spojrzała.
Tuśka wybornie zrozumiała, że Pita, widząc owo „wyprowadzanie” Porzyckiego, czuje się w obowiązku być gotową do odesłania mu także jego drobnostek.
W tej samej chwili weszła Obidowska.