Markowska, jakaś na razie rozjaśniona i uśmiechnięta, pod skrzydłami wielkiego kapelusza, natychmiast zwróciła się ku Picie i przysiadła się do dziecka, wpatrując się w nią uważnie.
— Jaka ona śliczna!... — wyrzekła wreszcie głośno, zwracając się ku Tuśce.
Lecz Tuśka, szablonem wiedziona, uznała za stosowne zaprzeczyć.
— Co znowu!...
— Ależ śliczna. Dlaczego nie ma wiedzieć o tym. To przesąd. Prawda, panienko, że wiemy, iż jesteśmy śliczni jak obrazek?
Pita zarumieniła się, przygryzła usteczka.
Porzycki i Markowska zaczęli śmiać się wesoło.
— O! spiekła raka!...
Tuśka także płonęła jak mak, taka ją gorączka jakaś trawić zaczęła.
Markowska klasnęła w ręce.