— O! o!... i mamusia spiekła raczka.
Natychmiast Porzycki odrzucił:
— My już byśmy tego nie potrafili.
Po twarzy Markowskiej przesunął się szary cień.
— Zapewne.
Tuśkę ogarnął cień jakiegoś zadowolenia, że w niej jest coś lepszego, czego tamta właśnie nie posiada.
— Proszę... siadajcie państwo...
Lecz Porzycki przerwał natychmiast.
— Wcale nie. Przede wszystkim napijemy się herbaty. Myśmy przywieźli kanapki, ciastka, owoce, a pani nam da herbaty. Wreszcie sami się tym zajmiemy. Gdzie moja maszynka? A... prawda!...
Parsknął śmiechem. Tuśkę oblały już nie rumieńce, ale pąsy. Zdawało się jej, że i Sznapsia kryje gwałtowną chęć śmiechu. Było to tylko przywidzenie, ale w jednej chwili Tuśka wyobraziła sobie, że Porzycki opowiedział wszystko swej dawnej kochance i że oboje wyśmiewali się z niej i z tego, co się z nią działo.