Porzycki wypadł do siebie po maszynkę, za nim Marcin. Pita śledziła ich ruchy jak widz w sali teatralnej. Za chwilę wpadli z naftą, zapałkami, maszynką, spirytusem, wodą — słowem, całym kramem.

— Och! ten Porzyk!... — śmiała się Markowska.

Patrzała na niego z ogromną lubością, a on widocznie cieszył się z tego spojrzenia.

— My nie umiemy próbować w domu bez herbaty, ciastek, nafty i tym podobnych akcesorii.

Marcin bardzo wprawnie chodził koło herbaty.

— Ty się możesz, pikrusie jeden, żenić — zawyrokował Porzycki. — Dam ci nawet swoją starą naftówkę na gospodarstwo.

— To nowa? — zapytała Markowska.

Wstała i zbliżyła się do maszynki.

— Ależ nie, to ta sama — wyrzekła przyglądając się uważnie.

To było nic, to była drobnostka, takie rozpoznanie dawnego sprzętu wspólnego, który codziennie służył im do gotowania strawy, na jaką zziębli i głodni do domu wracali.