Markowska pochylona stoi ponad płomieniem maszynki, oświecającym żółtym, ciepłym światłem jej podbródek i smutnie w podkowę opuszczone usta.

I cała jej postać ma w sobie nadzwyczajny nimb melancholii, właściwy ludziom, którzy nagle stoją u trumien, przyniesionych nazajutrz po zgonie ich bardzo bliskich i bardzo drogich.

Takie niby nic, taka drobna maszynka, taki płomień żółty, pokorny, płomień ogniska ludzi bezdomnych i ubogich, a tyle wspomnień, taki szmat życia, nagle zmartwychwstały i złączony mądrością rezygnacji z rzeczami teraźniejszymi, które podścielisko istnienia obecnego tworzą.

Ranki zimowe, szybkie porwanie się ze snu, tulenie rąk dokoła ciepłej szklanki, przepowiadanie roli, wybieranie resztek herbaty z ołowianej obsłonki...

Pocałunki pośpieszne. — Bądź zdrowa!... Próba długo potrwa. — Nie zazięb się. — Masz na obiad? — Mam! mam!

Kłamstwo miłosne, wybiegnięcie do zastawu i ten obiad zgotowany, odgrzewany godzinami, partie bilardu lub śniadanie po próbie. Wreszcie chwilowa wymówka i zgoda, pocałunki długie, gorące, przy blasku płonącej kuchenki...

A potem rozejście się nagłe, bez powodu prawie, pod pretekstem lepszego engagement, rozpadnięcie się takiej bryły kryształowej uczucia, utworzonej z żaru pieszczot, łez, uśmiechów, omdleń, abnegacji, poświęceń graniczących z bohaterstwem...

Tuśka śledzi wyraz twarzy aktorki, która w milczeniu na maszynkę, płonącą teraz na rogu innej komody, patrzy. I zaczyna nią owładać to uczucie, jakiego, zdaje się jej, doznaje Obidowska, która tak dyskretnie dozwala Józkowi widywać się z Hanusią.

— Ona była przede mną... to jej prawo!

Tymczasem Porzycki krząta się, rozmawia, śmieje, roztacza znów swój czar wytwarzania domowej atmosfery. Ustawia filiżanki, umizga się do Pity o obrus, rozkłada ciastka, ciesząc się zawczasu ich doskonałym wyglądem.