— Provens!... messieurs, mesdames! provens! — woła, ukazując białe, smaczne pałeczki.
— Nie widziałam takiego łakomego mężczyzny — śmieje się Markowska — prawda?
Zwraca się do Tuśki. Ta mimo woli potwierdza. Czuje, iż nie ma miejsca na umieszczenie tu swych dystynkcyj. Nie byłyby należycie ocenione, a kto wie, może i wyśmiane. Niemniej jednak trzyma się jako tako w zakreślonej roli. Jest grzeczna — nic więcej! Czyni nadludzkie wysiłki, aby nie przyjmować udziału w ich wesołości. Tak samo zachowuje się i Pita. Wyglądają obie, jak gdyby były na wizycie. Markowska ciągle obserwuje Pitę. Wreszcie zwraca się ku Porzyckiemu:
— Wszak prawda, ta panienka ogromnie przypomina Amę?
Porzycki odpowiada natychmiast:
— Ja to zaraz zauważyłem...
Następuje milczenie. Ta jakaś „Ama” jakby wionęła z zaświatów. Coś niezwykłego skrzydełkami rozpięło się w ciszy.
Melancholią powleczone oczy aktorki oblewają Pitę smutnym spojrzeniem. W ślad za nim idą i oczy Porzyckiego. Chwilę ci oboje są nieruchomi i cisi.
Tuśka czuje, że tu coś więcej marą wspomnień zadrgało niż zwykłe aktorskie pożycie dwojga ludzi.
Kto była Ama?