Jakby w odpowiedzi na silne i gorące pytanie, sformułowane w myśli Tuśki, Markowska odwraca się ku niej i mówi:
— Ama to była moja córka.
Tuśka nie pyta się o nic więcej. Nie chce już nic wiedzieć. Po co? Ta Ama, prawdopodobnie, to ich dziecko.
I to jest najstraszniejsze!
Coś bardzo silnego, coś bardzo tragicznego padło nagle pomiędzy nich wszystkich. Wspomnienie drobnej, małej dziewczynki, ot! — takiej jak Pita. Teraz Tuśka rozumie, dlaczego Porzycki z taką lubością patrzył na jej córkę, dlaczego obrzucał ją gencjanami, dlaczego opiekował się nią od pierwszej chwili.
Więc widział w niej Amę!...
Markowska powiedziała: — To była moja córka. Była — a więc nie jest. Nie jest... znaczy, umarła. Węzeł prysł w chwili skonu dziecka. Ale czy prysł? Czy mogiła mała na Powązkach, na której klęczą ubogie, gipsowe aniołki lub w trawie tulą się pokorne baranki, to nie silniejszy węzeł niż żyjące, rozkrzyczane i rozwichrzone dziecko?...
Wypili herbatę, zaczęła się próba. Powoli na twarze Porzyckiego i Markowskiej powróciła znów ta aktorska insouciance, na którą nie ma nazwy w naszej mowie. Zaczęli znów żyć i dyszeć chwilą obecną. Próba poszła gładko i rzeczywiście Markowska doprowadziła wszystko do ładu. Tuśka chętnie poddawała się jej radom, bo aktorka umiała trafić do przekonania amatorki.
— Wszystko będzie dobrze — mówiła, ubierając się w kapelusz i gotując się do wyjścia. — Jutro będę w sali na próbie.
Zwróciła się ku Porzyckiemu.