Aktorka zdaje się przez chwilę namyślać, wreszcie odpowiada z prostotą:
— Nie żądałam tego.
I znów po chwili dodaje:
— Może byłby to zrobił... później... dla dziecka... ale Ama umarła.
Tuśce przypomina się tamta w hotelu, płacząca, która upominała się o nazwisko dla dziecka i pytała: „Co będzie?”.
— Nie — odpowiada Tuśka stanowczo — nie, on byłby się z panią nie ożenił.
— Skąd pani wie o tym?
— Wiem.
Delikatność kobieca nie pozwalała Tuśce rzucić w oczy Markowskiej, że oprócz jej Amy są jeszcze inne „Amy” — gdzieś daleko, poza innymi kulisami.
— On przecież jest dobry w gruncie. Bardzo kochał dziecko: gdy była słabsza, znosił jej farby, uczył ją rysować, zajmował się nią. Gdy umarła, napisał do mnie list ogromnie serdeczny.