— Grzech... grzech...

— Idę do Pity, ona tam sama! — mówi aktorka, wysuwając się z pokoju.

Słychać dźwięki orkiestry przez drzwi otwarte, a potem znów trochę ciszy.

Tuśka zaczyna się ubierać.

Siada przed lustrem i spojrzawszy na swoją twarz doznaje zdumienia. Wygląda jak maska, a potem ten dziwny wyraz oczu i w ogóle twarzy. Tuśka zmieniona! Taka nie ona, taka ciągle teraz wylękniona, wyczekująca. Ściera z twarzy farby, czyni to machinalnie, powoli. Ostatnie słowa Sznapsi przywodzą jej na pamięć ową noc fatalną wśród wichru i deszczu, gdy Pita leżała z gardłem obolałym, we śnie gorączkowym. Na co umarła Ama? Może na dyfterię? Może tak samo zaczynała się jej choroba...

W ogóle, jak to przyszło prędko to wszystko, jak ona w parę tygodni popadła w zupełnie obce środowisko i stała się kim innym. Gra na scenie, siedzi w pokoju aktorki, kocha się w aktorze...

Szum dokoła niej, lęk, groza.

Jakże daleko Warecka ulica! jak daleko!

Znów orkiestra.

Tuśka spogląda na przybory tualetowe Sznapsi i widzi dopiero, ile wspólnego ma taka kobieta z mondu z aktorką. Te same żelazka, pudry, kremy, wody, pachnidła. A przecież jest jakaś różnica. U niej te fałsze kryją się jakoś nieśmiało, tu już rozłożone butnie zabierają poczesne miejsce na pierwszym planie.