— I wszystko tak!... — myśli Tuśka, patrząc na porozstawiane fotografie — ja nie śmiałabym postawić fotografii Porzyckiego, a ona nie waha się, wszędzie jest go pełno. Czy one, czy ja mam słuszność?... Oto pytanie.
I jeszcze jedna myśl zaczyna ją gryźć w przerażający sposób:
— Czy ona go jeszcze kocha?
Wzrok jej pada nagle na strzępy wstążki, na kawałeczki frędzli złotej, zwinięte i rzucone w koszyczek na tualetce.
Wstążka jest tego samego koloru i gatunku, jak wstążka przy wieńcu, który „wielbiciele” ofiarowali przed chwilą Porzyckiemu.
A więc ten wieniec był od Sznapsi...
Chciała mu sprawić przyjemność, zadowolić jego miłość własną... Pamiętała o takiej drobnostce i uczyniła to bezimiennie, tak że on nawet wdzięczności czuć dla niej nie będzie.
A więc nic innego, tylko go kocha!
Ze smutkiem nieokreślonym Tuśka spogląda na ten pokój, w którym przechowuje się wielkie, stałe i serdeczne przywiązanie. Fotografia Amy kładzie tu jakby zaziemską nutę. Oczy dziecka, ogromne, szeroko otwarte, ramionka, z których opadła koszulka, włosy rozwiane, cały kwiat łąk życia, kwiat o anielskim wdzięku, melancholią niezrównaną upiększa wszystko.
Ktoś puka do drzwi.