— Szczęśliwe... — wzdychała — szczęśliwe!...

Zachwycały ją zwłaszcza stroje Sznapsi. Aktorka była zawsze czarno ubrana, ale suknie jej były arcydziełami wytworności i smaku. Aktorka brała ładną gażę i miała duży kredyt.

Przynajmniej tak mówiła.

Nieraz leżąc w nocy i nie śpiąc, Tuśka rozmyślała ze smutkiem nad swoją egzystencją. Zaczęła czuć się ogromnie nieszczęśliwą i wydziedziczoną. Rodziło się w niej przeświadczenie, iż pięknością swoją zasługuje na inny los i że powinna była być otoczona zbytkiem i dobrobytem.

— Dlaczego się żenił z taką jak ja kobietą — myślała z wściekłością. — To zupełnie tak, jakby mnie się zachciało jakiegoś wspaniałego klejnotu od jubilera i zabierając mu ten klejnot, rujnowałabym z czystym sumieniem właściciela. On zrobił tak samo. Gdybym wyszła za kogo innego, byłabym tak szczęśliwa, jak te inne panie, które ubierają się prześlicznie i nie potrzebują się liczyć z centami, tak jak ja się liczę!... A zresztą mogłabym wcale nie iść za mąż.

Wyciągnęła przed siebie ręce jak skrzydła.

— Byłabym teraz... wolna!

Ta myśl ją olśniła. Nie umiała jeszcze sformułować, jak i co by zrobiła z tą wolnością, ale czuła, że „byłaby wolna”.

W tej wolności niemałą rolę grała myśl o Porzyckim. To wszystko, na co sobie pozwalała Tuśka, jakkolwiek ciągle pozorowała tym „nic wielkiego”, przecież było kradzione, było zabronione, a Tuśka nie należy do tych przewrotnych kobiet, lubujących się w tego właśnie rodzaju kradzionych rozkoszach.

Przeciwnie, myśl, że jej to zabronione, psuje jej doznawane uczucie błogości. Przy tym coś w jej uczuciu dla Porzyckiego się zmienia.